sobota, 02 kwietnia 2011
Jak rzucić palenie - wieści z frontu ;-)

Najwyższy czas na reaktywację bloga.

Tym razem zdecydowałem się na trochę prywaty, czyli: w jakim momencie niepalenie jestem. ;-)

 

Pierwszą poważną decyzję o niepaleniu podjąłem dwa lata temu. Ktoś może stwierdzić, że jeżeli moja walka z papierosami trwa tyle czasu, to najpewniej ją przegrałem. Ale ja mam dosyć tych słodkich i idiotycznych opowieści o tym, jak to raz-dwa rzuciło się palenie i już na zawsze. W moim przypadku i podejrzewam, że w przypadku znacznej większości osób palących, proces ten trwa długie lata. Palenie jest nałogiem. Nałóg jest chorobą. To wcale nie jest takie proste sobie z tym poradzić.

I to jest okey. Nie ma co sie dobijać technikami motywacyjnymi, które nie działają. W każdym razie nie zawsze. Drakoński antynikotynowy post też jest sporym stresem, a nieporadzenie sobie z nim nie jest znowu taką zbrodnią. Stąd moja postawa jest znacznie bardziej wyluzowana. Od dwóch lat staram się rzucić palenie i w tym czasie miałem liczne porażki i zwycięstwa.

Najdłuższy czas pernamentnego niepalenia trwał przez trzy miesiące.  Poza tym okresem palę pernamentnie, zazwyczaj z kilkudniowymi (czasem kilkutygodniowymi) przerwami i w bardzo niewielkich ilościach.

 

Jeżeli dwa lata temu normą była jedna paczka L&M-ów na dwa dni, to aktualnie jest to jedna paczka na tydzień/dwa tygodnie. Każdy kto pali wie, jak wielkim zwycięstwem okazuje się już samo ograniczenie ilości wypalanych papierosów. Stąd ja traktuję to raczej jako mój sukces (palę znacznie mniej), a nie porażkę (palę).

Ważne jest jednak to, że ani na moment nie zapominam, że moim celem jest zrezygnowanie z palenie całkowicie. To jest stan do którego dążę i który zazdroszczę niepalącym.

 

 

Co mi w tym przeszkadza?

Dobra, muszę się z tego zwierzyć. Ja najzwyczajniej w świecie od czasu do czasu lubię sobie zapalić. Niestety nie jestem wolny od pewnych stereotypów popkultury, która różnymi obrazami podpowiada, że palić jest jednak cool. I nie mam zamiaru nawet na potrzeby tego bloga, manifestacyjnie dowodzić, że takie mitologizowanie papierosów to czysta głupota. Ja sam nie jestem od niej wolny. Niestety.

Drugi powót to przyzwyczajenie się do pewnych rytuałów. Poranny papieros i kawa. Jak tylko mogę próbuje sobie wyrzuć z głowy obraz tych dwóch minut relaksu przed pracą, ale to nie jest takie proste.

Trzecia, równie ważna przyczyna to czas jaki spędzam w pracy. A dokładnie o fakt, że podczas pracy mam możliwość robienia sobie wielu przerw na papierosa. Przed tym naprawdę ciężko się obronić. Chociaż robię, co w mojej mocy :-)

 

Co dotychczas osiągnąłem?

Teraz kluczowa sprawa. Papierosy palę prawie tylko w pracy, plus bardzo okazjonalnie (raz na miesiąc?) na spotkaniach towarzyskich.

Tym sposobem całkowicie wyeliminowałem palenie papierosów w domu, o czym napiszę więcej kolejnym razem.

Nie muszę się też obawiać mandatu za palenie w miejscach publicznych.

Co ciekawe tym samym, nie działa na mnie wiele nikotynowych mitów. Wspomniana wczesniej poranna kawa plus papieros nie robią na mnie najmniejszego wrażenie, jeżeli poranek spedzam w domu. Wydaje mi się, że fakt ten działa bardzo mocno na korzyść tezy o psychicznych, a nie fizycznych źródłach uzależnienia. A więc palę tylko w pracy i na dziś moim priorytetem jest zminimalizować ilość palonych papierosów w pracy, w czym ma mi pomóc aktualna całkowita odstawka :-)